Nasza koleżanka i blogerka, Małgosia Ruszkowska, postanowiła podzielić się z Wami swoimi marzeniami o i pierwszymi wrażeniami z, tak niegdyś niedostępnej, Mjanmy:

We wrześniu 2007 roku setki mnichów wyszły na ulice Yangon, aby w pokoju wstawić się za narodowym pragnieniem demokracji dla swojego kraju. Pamiętam to wydarzenie z wiadomości, jakby miało ono miejsce wczoraj. Pamiętam również, że ich "protest" został dość brutalnie stłumiony poprzez tamtejsze władze. 

Smutno było oglądać te obrazy w wiadomościach i wydawało się wtedy, iż będzie to niemożliwe, aby kiedykolwiek na własne oczy zobaczyć Birmę. Nie powstrzymało mnie to jednak przed pragnieniem odwiedzenia pewnego dnia tego kraju. 

Dziś jestem tutaj, w Yangon. Od wspomnianego wydarzenia minęło już prawie dziesięć lat. Znajduję się w słonecznym mieście, wokół najmilszych ludzi, jakich można sobie wyobrazić. Yangon daje odczucie spokoju i bezpieczeństwa. Można odnieść całkiem słuszne wrażenie, że zachodzą zmiany, a miasto ewoluuje. 

To niesamowite, że tyle może się zmienić dla jednego kraju w mniej niż dekadę. Niemożliwe zaczyna stawać się możliwe. Podobnie działo się w Polsce w roku 1989, kiedy to Komuniści dobrowolnie odstąpili od władzy, aby pozwolić nastać demokracji, co odbyło się w miarę spokojnie. Przed tym wydarzeniem trudno było sobie jednak wyobrazić, aby było to możliwe, ale niektórzy w to wierzyli.

 Przechadzanie się po ulicach Yangon wydaje się bezpieczniejsze, aniżeli robienie tego w Londynie lub Warszawie. Móc tutaj być i cieszyć się spokojną energią tego miasta daje nadzieję wszystkim tym krajom, które obecnie uwikłane są we wszelkie konflikty. Bo bardzo dużo może zmienić się w mniej niż dziesięć lat i Birma jest na to dowodem.

Małgosia Ruszkowska

Przeczytaj także: Pożegnanie z Birmą