Czar północnego Laosu i apetyt na więcej

Dłuższa podróż to świetna okazja, by przekonać się, że Laos to miejsce dla każdego, choć nie jest popularny wśród turystów jak Wietnam czy Tajlandia. To kraj wyróżniający się na tle innych w Azji Południowo-Wschodniej między innymi ukształtowaniem terenu – prawie trzy czwarte ziem Laosu pokrywają płaskowyże i góry, a tropikalne lasy deszczowe stanowią tam ponad połowę terenu. Dla podróżników oznacza to przede wszystkim niesamowite punkty widokowe i ekscytujące piesze wycieczki po dżungli pod okiem profesjonalnych przewodników. To jednak nie wszystko, co Laos ma do zaoferowania! Podczas miesięcznej podróży odkryłam, że Laos to miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.


Dlaczego Laos?

Tym, co przekonało mnie, aby na kierunek drugiej długiej podróży po Azji wybrać Laos była głównie różnorodność etniczna kraju. Choć o Laotańczykach można najogólniej powiedzieć, że są pogodnym, uśmiechniętym narodem raczej unikającym konfliktów w relacjach z innymi, prawda jest znacznie bardziej złożona. Laos jest krajem o największej liczbie grup etnicznych w Azji Południowo-Wschodniej i liczy ich aż 49! Trudno oczekiwać, aby wszystkie były dokładnie takie same. Niektóre plemiona, szczególnie te mające częściej do czynienia z turystami, są bardziej, a inne mniej otwarte na zawieranie nowych znajomości. Wynika to w dużej mierze z ukształtowania Laosu, ponieważ przeważająca ilość wiosek etnicznych znajduje się w górach, gdzie komunikacja pomiędzy plemionami była od zawsze utrudniona. Jednocześnie nie oznacza to, że nie chcą kontaktu z obcymi! Przełamanie lodów może po prostu zająć trochę więcej czasu.

Pomimo tragedii, które spotkały Laos na przestrzeni wieków na próżno szukać potrzeby rozpamiętywania przeszłości w narodzie, w którym tak głęboko zakorzeniony jest buddyzm. Co więcej, potrafią przykre doświadczenia wykorzystać na swój wyjątkowy sposób! Podczas wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Wietnamem Laos został posądzony o ukrywanie żołnierzy Vietkongu, co spowodowało zmasowane bombardowania. Na ten niewielki kraj spadły ponad 2 miliony bomb, czyli więcej niż podczas całej II Wojny Światowej. Pomimo tego niemal na każdym straganie można znaleźć gadżety w kształcie bomb, zauważyłam nawet abażury plecione na ten kształt. Rozbrojone niewybuchy wykorzystywane są do... właściwie wszystkiego. Od stawiania domów na palach, gdzie zamiast pali Laotańczycy wykorzystują bomby, po przetwarzanie samego metalu i odlewanie go na nowo. Największe wrażenie zrobił na mnie grill, który widziałam daleko na północy w Nong Khiaw – dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, że stojący przede mną grill wielkości przeciętnej wanny to tak naprawdę przecięta na pół rozbrojona bomba!

Krajobrazy Van Vieng / Laos
Laotańska dżungla
Nigdy nie wchodź sam do dżungli!

Na tym kończy się wesoły aspekt niedalekiej przeszłości Laosu. Ilość bomb, które do dnia dzisiejszego znajdują się w ziemiach tego kraju jest zatrważająca i cieszy jedynie myśl, że wiele organizacji z całego świata angażuje się we wsparcie Laosu w oczyszczaniu z nich kolejnych terenów.

Niewybuchy mają ogromny wpływ na codzienne życie mieszkańców przede wszystkim odległych wsi, wokół których tereny nie zostały jeszcze często dokładnie przeszukane. Znacząco utrudnia to wycinkę drzew i wykorzystanie terenów pod uprawy lub budowy miast i wsi, ale także zagraża zdrowiu i życiu ludzi muszących przemierzać tropikalne lasy z różnych powodów. Tragiczne wypadki zdarzają się po dziś dzień, choć od wojny minęły dziesięciolecia.

To właśnie z tego powodu każdy podróżujący po Laosie turysta musi wziąć głęboko do serca najczęściej słyszaną tam przestrogę: nie wchodź sam do dżungli.

Miejsca łatwo dostępne dla turystów są raczej bezpieczne, ale należy polegać na doświadczeniu lokalnych przewodników, jeśli planuje się spacer wgłąb lasów. Nawet podczas podróży pomiędzy miastami, podczas postoju zauważysz, że jeśli ktoś szuka odosobnionego miejsca nieco dalej od drogi, to będzie to turysta, który szybko zawróci wołany przez przewodnika. Powrót będzie dobrym pomysłem również ze względu na faunę Laosu, na którą składa się wiele gatunków węży i żmij, z którymi lepiej nie krzyżować ścieżek bez odpowiedniego przygotowania do trekkingu.

Odrobina historii Laosu

Historia Laosu przypomina mi nieco historię Polski, co do której ziem każdy z sąsiadów miał roszczenia na przestrzeni stuleci. Podobnie jak Polska, Laos pojawiał się i znikał na mapie świata: w XVII wieku w wyniku konfliktów wewnętrznych Królestwo Laosu rozpadło się na trzy mniejsze księstwa: Luang Prabang, Vientiane i Champassac, które szybko zostały podbite przez ówczesny Syjam (Tajlandia). Trwało to aż do końca XIX wieku, czyli czasów francuskiego kolonializmu i prób podporządkowywania Francji całej Azji Południowo-Wschodniej.

Na drodze do niepodległości Laosu, uzyskanej ostatecznie w 1954 roku, jako ostatnia stanęła Japonia pod koniec II Wojny Światowej. Kolejne lata upłynęły na walce o odbudowę kraju i tworzeniu niepodległego zewnętrznym wpływom rządu.

Przed rokiem 2000 Laos otworzył się bardziej na współpracę z innymi krajami, w szczególności należącymi do ASEAN (The Association of Southeast Asian Nations, czyli Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej), do którego dołączył w 1997 roku. Był to przełomowy moment otwarcia granic, w którym Laos mógł otrzymać wsparcie w walce z ubóstwem, głodem i problemami ekonomiczno-społecznymi, które targały krajem w wyniku wewnętrznych problemów po odzyskaniu niepodległości. Doprowadziło to do dnia dzisiejszego, kiedy możemy oglądać Laos rozwijający się w niesamowitym tempie, by dogonić swoich bogatszych sąsiadów.

Mnich na tle laotańskiej zieleni
Codzienne życie w laotańskiej wiosce
Odpowiedzialne zwiedzanie Laosu

Jako kraj szybko rozwijający się, Laos mierzy się z wieloma nienzanymi dotychczas aspektami, czego świadomi powinni być wszyscy chcący zwiedzać go z uśmiechem. Warto wspomnieć, że momencie intensywnego rozwoju turystyki i znacząco zwiększającgo się napływu podróżników z całego świata, oryginalny system gospodarowania odpadami może przestać być efektywny, ponieważ zaprojektowany został dla całkiem innej skali potrzeb. System się zmienia, jednak ilość turystów rośnie znacznie szybciej. Podobnie ma się kwestia transportu publicznego i jakości bieżącej wody.

Bardzo dużym problemem związanym z rozwojem turystyki w Azji Południowo-Wschodniej stały się pracujące dzieci, które zamiast do szkoły, są wysyłane przez swoich rodziców w turystyczne miejsca, by sprzedawać pamiątki. Mechanizm działa, ponieważ turyści niechętnie odmawiają dzieciom – robiło mi się naprawdę przykro za każdym razem, gdy odmawiałam zakupu owoców lub pamiątek. Jednak na ten konkretny problem rozwiązanie jest jedno – jeśli dzieci nie będą przynosiły do domu gotówki lub prezentów, które można sprzedać, wysyłanie ich na ulice stanie się bezcelowe.

Podobnie rzecz ma się z sanktuariami zwierząt, które zgodnie z ideą powinny być dla nich bezpiecznym schronieniem, a które wykorzystują bogactwo naturalne regionu i doprowadzają do ich przepracowania i śmierci. Możemy to porównać do sytuacji nad polskim Morkim Okiem i rozwiązanie jest równie proste – tylko całkowity brak zainteresowania ze strony turystów zmusi właścicieli takich przybytków do zmiany. Gorąco namawiam do stanowczości w tej kwestii!

Wiele udogodnień i rozwiązań obecnych w innych krajach nastawionych na turystykę nie działa jeszcze w Laosie, choć wszystko wskazuje, że rozwój kraju zmierza w dobrą stronę.

Jako podróżnicy powinniśmy wiedzieć, że mamy ogromny wpływ na poprawę tego stanu rzeczy!

Na naszym kontynencie świadomość dotycząca ekologii, ograniczania produkcji śmieci, odpowiedniego ich przetwarzania, segregacji czy po prostu wyrzucania ich do przeznaczonych do tego koszy zamiast do rzek czy na ulice, jest wyższa niż w krajach Azji Południowo-Wschodniej. W Laosie, jak i innych krajach, w dalszym ciągu popularne jest palenie śmieci, wyrzucanie ich na ulicę czy używanie ogromnych ilości taniego plastiku. Ograniczając takie zachowania po swojej stronie, możemy pozostawić po sobie nie tylko dobre wrażenie, ale może również nasze działania zapadną w pamięć mieszkańcom, którzy z czasem zaczną naśladować turystów pochodzących z krajów, w których troska o środowisko jest bardziej zaawansowana.

Kraina Miliona Słoni

Kraina Miliona Słoni, jak mawia się o Laosie, jest miejscem, do którego nie dotarła jeszcze w pełni mocy masowa turystyka i w dalszym ciągu zwiedzanie kraju robi wrażenie nawet na doświadczonych podróżnikach. W wyniku wydarzeń z przeszłości, licznych konfliktów i bombardowań zachowało się niewiele zabytków, jednak te, które pozostały zapierają dech w piersiach. Gdzie indziej na świecie znaleźć można dolinę wypełnioną tysiącami kamiennych urn, których pochodzenia nikt nie jest pewien? Jednak głównym atutem kraju zdecydowanie są natura i bogactwo kulturowe. Liczne parki narodowe, rezerwaty i wioski etniczne są punktem obowiązkowym podczas zwiedzania Laosu. Możemy go podzielić na dwie części: Laos Północny i Południowy. 

To nie jest kraj dla starych ludzi

Jak wspomniałam już na samym początku, Laos to miejsce odpowiednie dla każdego. Miałam przyjemność spędzić miesiąc w Laosie Północnym z mężem i teściem, i muszę przyznać, że nie spodziewałam się jak łatwa może być podróż po tak egzotycznym kraju dla 70-latka! Szczególnie dla takiego, który kocha piękne widoki i wynagradzają mu one nawet chwilowe niedogodności.

Naszą podróż zaczęliśmy w Vientiane od wypożyczenia skutera i samochodu. Postanowiliśmy zwiedzić kraj całkowicie na własną rękę, nie uzależniając się od rozkładów jazdy i mogąc zatrzymać się w dowolnym miejscu, które przypadnie nam do gustu. Wiązało się to oczywiście z wcześniejszym przygotowaniem odpowiednich dokumentów pozwalających na prowadzenie pojazdów w Laosie, ponieważ oryginalne polskie dokumenty do tego nie uprawniają. 

Muang Ngoi

Atmosfera i zwiedzanie Vientiane

Przysmaki laotańskiej kuchni
Najmniejsza stolica w Azji Południowo-Wschodniej

Stolica Laosu jest najmniejszą stolicą w Azji Południowo-Wschodniej i liczy zaledwie 700 tys. mieszkańców w całej aglomeracji, a jej historia sięga aż do IX wieku n. e. Jest tu kilka naprawdę wyjątkowych miejsc, których nie mogliśmy przegapić. Samo miasto przywitało nas podmuchem gorącego powietrza, gdy tylko wyszliśmy z klimatyzowanego lotniska. Czekała nas niedługa podróż do hotelu blisko centrum miasta, po czym pomimo późnej pory od razu ruszyliśmy na zwiedzanie. 

Już w ciągu pierwszej godziny spotkaliśmy się z laotańską życzliwością i otwartością! Znaleźliśmy otwarty o tej godzinie market z jedzeniem i pomimo bariery językowej udało nam się zamówić kilka rodzajów grillowanego mięsa intensywnie pachnącego świeżymi ziołami i przyprawami. Po kilku minutach zauważyliśmy grupkę młodych ludzi, którzy coraz odważniej nam się przyglądali i uśmiechali, a po kolejnych kilku najodważniejsza dziewczyna postanowiła chwilę z nami porozmawiać. I tu po raz kolejny bariera językowa nie stanowiła problemu, bo pomimo, że nie mówiła po angielsku, z dobrymi chęciami z obu stron nie mieliśmy najmniejszych problemów ze zrozumieniem się.

Pierwszy wieczór, choć krótki, upewnił nas co do słuszności wyboru kierunku podróży.

Miejsca warte zobaczenia w stolicy Laosu

W stolicy Laosu warto zatrzymać się przy łuku Patuxai i poświęcić chwilę na poznanie historii budowli. Nie bez powodu kojarzy się z Łukiem Tryumfalnym w Paryżu! Spod łuku, ulicą Lan Xang można dotrzeć do Pałacu Prezydenckiego, który znajduje się w pobliżu Parku Chou Anouvonga. W nim znajduje się jedna z dwóch budowli, których symbolika zrobiła na mnie największe wrażenie... 

Mówię tu o pomniku Chou Anouvonga, który wzniecił powstanie przeciwko Syjamowi (Tajlandii) w 1827 roku i doprowadził do wyzwolenia Laosu spod jego panowania. Postać władcy na pomniku w parku wyciąga przed siebie dłoń w geście powitania i twarzą zwrócona jest do... Tajlandii! Pomimo trudnej przeszłości kraje odbudowały poprawne stosunki i w 1994 roku wybudowały Most Przyjaźni łączący dwa brzegi Mekongu i umożliwiający przekroczenie rzeki w rekordowo krótkim czasie.

Drugim budynkiem, który zapadł mi najlepiej w pamięć jest świątynia Pha That Luang, którą znaleźć można na laotańskich banknotach. Największa świątynia w centrum Vientiane, o wielkiej złotej stupie dumnie wznosi się nad okolicznymi zabudowaniami. Wybudowana została dla posągu Szmaragdowego Buddy, który skradziony w czasie panowania Syjamu nigdy nie wrócił do Laosu i do dnia dzisiejszego znajduje się w Bangkoku w Wat Phra Kaew na terenie Pałacu Królewskiego.

Vientiane / Patuxai
Czy warto jechać do Vang Vieng?
Vang Vieng
Tam, gdzie cykady mówią dobranoc

Czas w Vientiane minął nam miło i zaaklimatyzowani mogliśmy ruszyć w dalszą podróż do Vang Vieng. Słyszeliśmy, że jest to miasto dobre dla młodych turystów i imprezowe, ale odnaleźliśmy się tam świetnie. Nie dokuczał nam hałas, którego się baliśmy – wręcz przeciwnie! Wybraliśmy hotel w pobliżu rzeki, dzięki czemu do snu grały nam cykady, a słyszany w oddali gwar i muzyka dobrze się z tym komponowały.

Vang Vieng słynie z pięknej okolicy i na tym postanowiliśmy się skupić.

Samo miasto, jako pozostałość po bazie wojskowej, w której żołnierze szukali ucieczki od myśli o wojnie, nie cieszyło się dobrą sławą długo po jej zamknięciu i ściągało głodnych szalonych imprez turystów. Rząd zaczął przeciwdziałać takiej turystyce w wyniku tragicznych wypadków, do których doprowadzali pod wpływem różnych substancji turyści, korzystający z dostępnych atrakcji w nieodpowiedzialny sposób.

Jako, że Vang Vieng było bazą wojskową, nie ma tu spektakularnych zabytków, jednak widoki rekompensują wszystko.

Odrobina szaleństwa, czyli... zapraszamy na tubing!

Życie miasta toczy się wokół rzeki i wokół niej skoncentrowane są również najciekawsze atrakcje. Świetnym pomysłem jest tubing, choć nieco kontrowersyjny właśnie ze względu na lekkomyślnych podróżników. Polegał on na tym, że organizator zabrał nas kilka kilometrów za miasto i zostawił przy bardzo płytkim odcinku rzeki z wielkimi dętkami – od ciągnika – pomalowanymi na biało. Musieliśmy usiąść w nich w wodzie i... płynąć z nurtem. Ten z kolei zależy od pory roku – podczas naszych spływów było dość spokojnie, choć w kilku miejscach zabawa nabrała tempa! W poprzednich latach wzdłuż trasy spływu otwarte były liczne bary, które rzucały linę przepływającym turystom, a ci, jeśli chcieli, mogli dać się wciągnąć na brzeg, gdzie czekały na nich przekąski i zimne napoje. W związku z nadużywaniem alkoholu na trasie spływu dochodziło do wypadków, które spowodowały zamknięcie większości z nich. Warto jednak docenić ciszę i relaks, jaki może przynieść tubing bez barów przy brzegu. Spodobało nam się to tak bardzo, że spłynęliśmy dwukrotnie w ciągu kilku dni w Vang Vieng. Spływ może trwać nawet kilka godzin, dlatego ważne jest, by zacząć go odpowiednio wcześnie i wrócić do miasta przed zmrokiem. 

Przygoda w Van Vieng
Vang Vieng River
Błękitne laguny

W pobliżu Vang Vieng znaleźć można trzy niebieskie laguny, które wyglądają po prostu bajecznie. Ta, która leży najbliżej miasta jest jednocześnie najbardziej popularną wśród turystów, dlatego od razu skierowaliśmy się nieco dalej. Po drodze przekonaliśmy się, że nawet jeśli wydaje nam się, że na moście nasz samochód ledwo się zmieści – Laotańczycy potrafią nas jeszcze na tym moście ominąć na motocyklu, w dodatku trzymając parasolkę w dłoni! Kiedy dojechaliśmy na miejsce, moim oczom ukazał się całkiem pokaźnych rozmiarów parking i słusznie odniosłam wrażenie, że nie będziemy tam raczej sami. Nie planowaliśmy kąpieli, dlatego obejrzeliśmy lagunę i po krótkim odpoczynku w cieniu zobaczyliśmy znak wskazujący drogę do punktu widokowego. Nie do końca przygotowani na wspinaczkę po wilgotnych kamieniach ruszyliśmy w górę, by po niedługim czasie dotrzeć do jaskini, w której znajdował się ołtarz poświęcony Buddzie. To jedno z piękniejszych wspomnień, które przywiozłam ze sobą z Laosu – widok z góry na ogromną salę jaskini, w której echem odbija się niemalże oddech, a z lewej strony przez otwór w sklepieniu wpadają jasne promienie słońca odbijające się w złotym posągu leżącego Buddy. Zapach wilgoci i czasu, który unosił się w powietrzu, gdy zbliżaliśmy się do ołtarza czuję do dziś. Byłam pod wrażeniem, że ołtarz, który wydawał się w porównaniu z samą jaskinią tak niewielki, z bliska był ogromny. Poza laguną i jaskinią, na terenie znajdowała się również kolejka linowa, który cieszyła się niemałą popularnością. Kiedy nadszedł czas wyjazdu do kolejnego miasta mieliśmy poczucie, że dobrze poznaliśmy okolicę i nie mogliśmy doczekać się dalszej drogi.  

Luang Prabang

Następnym punktem na naszej trasie było Luang Prabang, do którego mieliśmy dostać się krótszą z dwóch dostępnych dróg, która prowadziła przez wyżyny zamiast góry. Przegapiliśmy właściwy skręt i kiedy zorientowaliśmy się, że zamiast planowanych 3 godzin czeka nas przynajmniej 7-godzinna droga przez góry postanowiliśmy spróbować i zobaczyć, co nas czeka. W końcu nie zawsze Tata ma okazję robić dwie rzeczy, które lubi najbardziej: prowadzić samochód i obserwować piękne widoki. Trasa była męcząca, szczególnie na motocyklu, ale warta każdej minuty! Za każdym zakrętem, a tych było nieskończenie wiele, czekały na nas piękne widoki. Zatrzymywaliśmy się tak często, jak pozwalały nam na to warunki – droga nie zawsze była w dobrym stanie, zwłaszcza w wyższych partiach gór. Często wąska, po jednym pasie w obu kierunkach, bez pobocza – ale z urwiskiem tuż tuż. To właśnie na tej trasie miałam okazję przekonać się przypadkowo podczas obiadu jak pachnie laotański padaek, czyli pasta ze sfermentowanej ryby. To coś zdecydowanie dla ludzi o mocnych nerwach – albo słabym węchu.

W górach Laosu

Laotańskie góry są zupełnie inne od tych, które znamy z Europy i żyje się w nich znacznie trudniej. Podróżowaliśmy w drugiej połowie pory suchej, a na naszej trasie w dalszym ciągu widoczny był wpływ ostatniej pory deszczowej – podmyta miejscami droga, dla której nie ma alternatywy i która jest jedyną drogą dojazdową do wielu wiosek. W górach nie ma również możliwości uprawy roli czy hodowli zwierząt, więc możliwość pracy jest ograniczona. Znaczna część plemion górskich zajmuje się rękodziełem, które później może sprzedawać turystom. Najznamienitsza złota i srebrna biżuteria w Laosie jest produkowana ręcznie właśnie przez górskie plemiona z dalekiej północy Laosu nie ustępujące kunsztem tajskim mistrzom złotnictwa. Musimy pamiętać, że życia w laotańskich górach z całą pewnością nie ułatwiają też pozostałe po wojnie niewybuchy – pomimo bogactwa fauny i flory Laosu próba zbieractwa i myśliwstwa stanowi ryzyko. Dodając do tego odległości, które wielu ludzi zmuszonych jest pokonywać pieszo, ponieważ motocykl stanowi duży wydatek, można zadać sobie pytanie jakim sposobem Ci ludzie zachowują pogodę ducha, z której słyną Laotańczycy?

Zauważyliśmy, że wraz ze zwiększającą się wysokością zwiększał się może nie tyle dystans, co ostrożność w stosunku do nas. Wydawało nam się to rozsądne – w końcu ci ludzie wychowywali się w trudnych warunkach, często bardzo daleko od innych wiosek, przez co poznawanie nowych ludzi było ograniczone... A jednak po pierwszym powiedzianym z szerokim uśmiechem „Sabaidii” (laotańskie „dzień dobry”) lody pękały i pomimo braku wspólnego języka udawało nam się go jednak znaleźć – nawet, gdy w górach kończyło nam się w baku paliwo, a sprzedawca próbował rozwiązać nasz problem... arbuzami.  

Zachód słońca w Luang Prabang
Luang Prabang - jałmużna dla mnichów
Kulturalna stolica Laosu

Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni z pomyłki dotarliśmy do kulturalnej stolicy Laosu – Luang Prabang. Wybraliśmy hotel z dala od centrum, dzięki czemu porządnie wypoczęliśmy po podróży i rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta od nocnego marketu. Nie da się opisać zapachów, które można wyczuć na długo przed tym, jak market pojawi się w polu widzenia! Przepyszne grillowane ryby i szaszłyki wieprzowe, kolorowe warzywa, których nazw nie sposób spamiętać i zimne koktajle na wyciągnięcie ręki. Dla chętnych dostępne są również grillowane szczury i najróżniejsze insekty! Z pełnymi brzuchami mogliśmy spokojnie przejść się pomiędzy dziesiątkami straganów oferującymi piękne pamiątki. Wyjątkowo spodobały nam się ręcznie malowane na pergaminie obrazy, dlatego przywieźliśmy ich ze sobą dużo – w samolocie nie jest to problemem, jeśli zapakowane są w tubę i bez problemu przejdą odprawę celną. Naczynia wyrabiane z różnych odmian tykwy i ceramika, biżuteria, ubrania, torby, zabawki, ozdoby do domu... Długo można wymieniać towary dostępne na nocnych marketach w Laosie – najlepiej przekonać się osobiście!  

O poranku warto poświęcić czas na obserwację tak bat, laotańskiej ceremonii zbierania jałmużny w postaci jedzenia przez buddyjskich mnichów. O świcie, boso przemierzają ulice Luang Prabang podstawiając swoje miski ludziom, którzy chcą przekazać im dary. Wszystko odbywa się w ciszy przy akompaniamencie normalnych, porannych dźwięków budzącego się do życia miasta, a jednak odnosi się wrażenie, że dzieje się coś ważnego, podniosłego. Mieszkańcy, siedząc na bosych stopach, dzielą się z mnichami najlepszym jedzeniem, jakim dysponują – według powszechnej opinii mnisi, jako symbol czystości zasługują na to, co najlepsze, a przekazane im jedzenie trafia pośrednio również do zmarłych krewnych darczyńców. Kobiety muszą zachować szczególną ostrożność poczas przekazywania jałmużny, ponieważ nie powinny dotykać mnichów i choć zwyczaj ten powoli przestaje mieć takie znaczenie, lepiej okazać im szacunek zachowując odległość. 

Wodospady Kuang Si

Miejscem, które wpisuje się bardziej w scenariusz bajki niż prawdziwy świat zdecydowanie są wodospady Kuang Si. Podczas pory suchej będzie tam mniej wody, przez co nie wszystkie wodospady będą wyglądały tak spektakularnie jak na zdjęciach. To nie stanowi jednak najmniejszego problemu, ponieważ wybór miejsca do kąpieli w dalszym ciągu będzie duży! Błękitna, orzeźwiająca woda i maleńkie rybki, które widoczne są nawet przy dnie to spełnienie marzeń w upalny dzień. A poświęcając kilka dodatkowych minut na poszukiwanie, możesz znaleźć zakątek tylko dla siebie. Na terenie wodospadów Kuang Si znajdziesz też rezerwat niedźwiedzi malajskich z młodymi, które zostaną w przyszłości zwrócone naturalnemu środowisku.

Po przeciwnej stronie Luang Prabang znajdują się liczne jaskinie, z których jednej nie można przegapić – Jaskini Pak Ou. W Laosie, ze względu na jego ukształtowanie, znajduje się ich wiele, jednak ta zyskała szczególną sławę za sprawą tego, co się w niej znajduje. Do tamtego momentu nigdy nie zastanawiałam co dzieje się z uszkodzonymi figurkami Buddy i z zaskoczeniem odkryłam, że Jaskinia Pak Ou wypełniona jest zniszczonymi posążkami Oświeconego! Obecnie znajduje się ich tam około 200, a ich rozmiary sięgają od 10 cm do nawet 2 metrów.

Wodospady Kuang Si
Laos - z dala od zgiełku
Ładowanie baterii z dala od zgiełku

Dalej na północ czekała na nas ostatnia część podróży przed powrotem w kierunku południowym, którą postanowiliśmy spędzić na całkowitym relaksie w postaci rejsów łódkami, kajakami i wycieczek po okolicy. Niewielka wioska Nong Khiaw rozłożona po dwóch stronach rzeki, nad którą rozciągał się wysoki most dała nam wszystko, czego potrzebowaliśmy.

W otoczeniu górskich wypiętrzeń wyrastających z niemalże równiny wioska nabierała wyjątkowego uroku, choć o 22 próżno tam było szukać otwartych restauracji. Jest to wioska rybacka, dlatego mieszkańcy wcześnie chodzą spać, by wstawać na długo przed świtem. Wszystko robiło się tam wcześnie, dlatego nieszczególnie zdziwił nas kelner namawiający do zamawiania drinków do... śniadania! Choć była to kusząca propozycja, postanowiliśmy dalej realizować swój plan wycieczki do wioski, do której nie prowadzi żadna droga lądowa, a która stabilniejsze podłączenie do prądu ma dopiero od kilku lat.

Mowa o Muang Ngoy, które liczy obecnie około 700 mieszkańców. Otoczenie gór czyni to idealnym miejscem do rozpoczynania wycieczek trekkingowych. Jest też świetnym punktem, w którym w ciągu kilku dni można naładować baterie z dala od zgiełku, spacerując po bezpiecznych okolicznych trasach. Warto wspiąć się też na punkt widokowy, z którego rozciąga się widok na całą wioskę z jednej i malowniczą rzekę i góry z drugiej strony. Wspinaczka nie jest łatwa i potrzebne są na nią przynajmniej porządne buty sportowe, ale widok warty jest godzinnej drogi! W Muang Ngoy warto również zaopatrzyć się w pamiątki, szczególnie, jeśli interesują Cię ręcznie tkane chusty i pledy. Tych znajdziesz tam zaskakująco dużo jak na tak małą wioskę!

A może Laos Południowy?

Podróż powrotna upłynęła nam spokojnie i nim się obejrzeliśmy, siedzieliśmy już w samolocie do Polski w nienajlepszych nastrojach. Pomimo miesiąca spędzonego na intensywnym zwiedzaniu Laosu czuliśmy niedosyt i chcieliśmy zostać dłużej, by poznać tych wspaniałych, doświadczonych historią ludzi lepiej, dokładniej. Pocieszaliśmy się planując zwiedzanie Laosu Południowego, co mam nadzieję uda się jak najszybciej po rozwiązaniu problemów związanych z trwającą pandemią.

O czym można marzyć w Laosie Południowym? 

Na południu kilka najpiękniejszych miejsc koncentruje się w okolicach miasa Pakse, które założone zostało przez Francuzów na początku XX wieku. Warta uwagi jest tam świątynia Wat Luang, położona nad rzeką. O poranku w jej pobliżu można obserwować procesję mnichów zbierających jedzenie, jednak będzie to doświadczenie inne niż w Luang Prabang. Nie będzie to tak spektakularne przeżycie, ponieważ dzieje się w Pakse na mniejszą salę, jednak dzięki temu rytuał staje się znacznie bardziej intymny i duchowy. Miasto można potraktować jako bazę wypadową do najbliższych miejsc lub przemieszczać się bardziej dynamicznie.

Na uwagę  w Południowym Laosie zasługuje w pierwszej kolejności Bloaven Plateau, skąd pochodzi najlepsza laotańska kawa. Ciągnące się po horyzont plantacje tworzą niesamowity widok, a świadomość, że rozciągają się na kraterze wygasłego wulkanu o średnicy około 40 km tylko dodaje do zwiedzania emocji. Tak jak na północy, tu również problemem po okresie wojny wietnamskiej jest zaminowanie terenu, jednak podejmowane są liczne działania, by na tych terenach uprawa kawy i herbaty wróciła do stanu sprzed wojny.

Okolica płaskowyżu bogata jest dodatkowo w kulturę różnorodnych grup etnicznych. Niewielkie wioski mijane po drodze różnią się między sobą, jednak jedna rzecz pozostaje zawsze niezmienna – szczery uśmiech na twarzach mieszkańców można wywołać zwykłym powitaniem w ich języku, a przy odrobinie szczęścia skończy się to wspólnym biesiadowaniem w domu z całą rodziną gospodarza. Na południu tereny są znacznie niższe niż na północy, co widoczne jest również w bardziej otwartym zachowaniu lokalnych mieszkańców. 

Plantacje kawy Bloaven Plateau
Laos / Pakse / Tad Yuang
Kąpiel w wodospadzie

Turyści kochają Laos Południowy także za zjawiskowe wodospady, zupełnie inne niż w północnej części kraju. Dobry przykładem jest Pha Suam, leżący niedaleko Pakse. Słowo „suam” oznacza po laotańsku „pokój, pomieszczenie” i odnosi się do niemal idealnie prostokątkego kształtu tworzonego przez wodospad. Na uwagę zasługuje również rzeka Tad Lo, na której znajdują się aż 3 wodospady. Pierwszy nazywa się tak samo jak rzeka, drugi natomiast to Tad Hang. Według tutejszej ludności można się w nim bezpiecznie kąpąć, czego nie usłyszymy o trzecim z wodospadów, Tad Suong. Najbardziej majestatyczny, ale jednocześnie najbardziej niebezpieczny tworzy niesamowity spektakl. Niepodważalnym zwycięzcą jest jednak Tad Yuang, gdzie woda kilkoma strumieniami pokonuje aż 40-metrową drogę w dół zanim z hukiem rozbija się o skały. Zwiedzanie samych wodospadów mogłoby zająć w Laosie kilka miesięcy!

Dalej na południu, w stronę wsi Ban Nakasang, rozciąga się Delta Mekongu, którą nazywa się Krainą 4000 wysp – podczas zmieniającego się poziomu wody odkrywa on kolejne wyspy, które momentami trudno zliczyć! Jest to także środowisko naturalne delfina z Mekongu, delfina Irrawady lub inaczej oreczki krótkogłowej, którego populacja drastycznie spada w wyniku zmian zachodzących w ekosystemie spowodowanych szybko rozwijającą się turystyką i przemysłem w Azji Południowo-Wschodniej. Według danych z 2019 roku na wolności żyło już w Mekongu nie więcej niż 90 osobników.

Z Ban Nakasang można dostać się na wyspę Done Khone, jedną z najciekawszych wysp Laosu. Otwiera się tam przed nami świat bez samochodów, spokojny, cichy i relaksujący. Lokalni mieszkańcy żyją w doskonałej symbiozie z turystami, szukającymi ucieczki od gwaru w zatopionej w zielonym tropikalnym lesie wsi. Tam również nie mogłoby zabraknąć ciekawych wodospadów, dlatego zwrócę uwagę tylko na Somphamit, nazywane również Lii Phii – pułapkę na ryby (lii) oraz błąkające się dusze (phii). Kąpiel w nich nie jest bezpieczna, jednak widok buzującego pomiędzy skałami żywiołu jest imponujący.

Laos – wyciszenie i przygoda

Laos to kraj, który podobnie jak sąsiedzi postanowił oprzeć swoją gospodarkę na turystyce i biorąc pod uwagę jego predyspozycje, nikogo nie powinno to dziwić. Ze swojej strony powinniśmy jednak zadbać, aby uprawiana przez nas turystyka rozwijała także lokalne społeczności i pomagała im odnajdować się w zmianach powodowanych jej ekspansją. Niesamowity urok Laosu, jego dzikość w porównaniu do sąsiadów,  unikalne bogactwo kulturowe i wszystko to, co składa się na jego wyjątkowość to wartości, o które dbać powinni nie tylko lokalni mieszkańcy, ale w szczególności turyści. Ciągnące się po horyzont plantacje kawy, tajemnicze wodospady i tysiące wyjątkowych gatunków roślin i zwierząt to coś, co kolejne pokolenia powinny oglądać takim, jakim my mamy okazję obserwować obecnie. 

Punkt widokowy Muang Ngoi

Magdalena Filipowska

Wietnamscy znajomi śmieją się, że w poprzednim wcieleniu była Wietnamką. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych – poza prowadzeniem skutera w Sajgonie. Zwiedziła Wietnam, Kambodżę i Laos, o którym opowiada w powyższym artykule.

Artykuł ukazał się w grudniowym (4/2020) numerze „Pilipili Travel Buddy” – nowym na polskim rynku miesięczniku o pasji do podróżowania.

Sprawdź nasze wycieczki w Azji Południowo-Wschodniej!

Wczasywazji.pl są częścią Grupy MakeYourAsia zarejestrowanej w Wietnamie. Od 2016 roku organizujemy ciekawsze podróże po Azji Południowo-Wschodniej. W sprawach związanych z wyjazdami firmowymi, motywacyjnymi, szkoleniowymi czy wejściem z Twoim produktem na azjatycki rynek zobacz więcej na stronie MakeYourAsia.

Jesteśmy członkiem